Choroba morska

Wchodzimy na pokład, stawiamy żagle, wypływamy w rejs. Wiatr się wzmaga, fale są coraz wyższe. Jacht buja się już całkiem mocno – a my razem z nim. I nagle do całej akcji wkracza bohaterka większości opowieści żeglarskich. Choroba morska, bo o niej mowa, potrafi uprzykrzyć nawet najlepszy urlop pod żaglami. Jeśli jednak podczas rejsu wolimy raczej oglądać ryby niż pawie, koniecznie musimy wiedzieć, jak sobie z nią poradzić.

Choroba morska to problem, który czasami dopada nawet największych wilków morskich. Choć pojawiające się dolegliwości mogą być uciążliwe, są one tak naprawdę dowodem na to, że nasz błędnik działa prawidłowo. Teoretycznie zatem jest to dobra wiadomość, choć w praktyce – zwłaszcza wtedy, gdy wymiotujemy przewieszeni przez reling – raczej trudno nam się z tym zgodzić. Na szczęście z chorobą morską łatwo się rozprawić. Jak zatem przygotować się do rejsu i sprawić, by wymarzone wakacje minęły przyjemnie?

 

 

Choroba morska – skąd się bierze?
Wszyscy posiadamy błędnik. To niewielki element ucha wewnętrznego, który odpowiada za prawidłowe słyszenie i utrzymanie równowagi. Zwykle przypominamy sobie o nim dopiero wtedy, gdy zaczyna niewłaściwie funkcjonować. Gdy jedziemy samochodem lub znajdujemy się na pokładzie kołyszącego statku, bodźce odbierane przez nasze oczy nie potrafią zsynchronizować się z sygnałami odbieranymi przez błędnik. Z tego powodu chorobę morską trudno jest nazwać chorobą – zaburzenia, które się pojawiają, stanowią przecież naturalny odruch naszego organizmu na bujające się otoczenie. Jeśli jednak chcemy płynąć dalej (z wyjątkiem naszego oszołomionego mózgu, który najchętniej wyrzuciłby się za burtę), powinniśmy pamiętać o kilku sprawdzonych sposobach zapobiegania tym przykrym dolegliwościom.

 

Gdy błędnik szaleje – objawy choroby morskiej
Choroba morska zaczyna się niewinnie – od bólu i zawrotów głowy. Nie jest to nic przyjemnego, ale da się wytrzymać, więc płyniemy dalej. Kilka minut później ślinimy się już jak pies z filmu „Beethoven”, zaczynamy się pocić i głośno ziewać. Tracimy apetyt, kręci nam się w głowie, a żołądku wybucha rewolucja. Dziwne – przecież nigdy to tej pory z czymś takim się nie spotkaliśmy! I nagle, jak grom z jasnego nieba, przychodzą nudności, a w końcu – wymioty. Niestety, walka z żywiołem często jest bardzo nierówna i nawet po opróżnieniu żołądka torsje nie ustępują. Trudno jest opanować odruch wymiotny, a o zjedzeniu, czy choćby napiciu się czegokolwiek, można tylko pomarzyć. Sytuacja staje się groźna, bo jesteśmy już o krok od poważnego odwodnienia. Nie możemy do tego dopuścić.

 

 

Jak zapobiec wymiotom?
Niezależnie od tego, czy dopiero wchodzimy na pokład, czy płyniemy już kilka minut, w trakcie których pojawiły się dokuczliwe dolegliwości, zwróćmy uwagę na kilka czynników. Po pierwsze, złe samopoczucie często wynika ze zmęczenia, dlatego pamiętajmy o tym, aby każdego dnia zafundować sobie odpowiednią dawkę snu. Zadbajmy o to, by w noc poprzedzającą rejs porządnie się wyspać – dzięki temu damy naszemu organizmowi szansę na regenerację i zebranie sił do walki z lokomocyjnym żywiołem. Jeśli to możliwe, pozwólmy sobie na drzemkę w czasie podróży. Zdajemy sobie sprawę, że błogie oddanie się w objęcia Morfeusza często nie jest możliwe – zwłaszcza wtedy, gdy kingston wzywa – ale warto chociaż się położyć na koi i zamknąć oczy. Czasem kilka minut lenistwa wystarczy, by wrócić do żywych. Po drugie, pijmy dużo wody (najlepiej niegazowanej), jedzmy lekkostrawne posiłki. Niektórzy żeglarze twierdzą, że lekiem na całe zło są krakersy i słone paluszki – choć nic nie stoi na przeszkodzie, by to sprawdzić na własnej skórze, należy pamiętać o tym, by całe nasze żeglarskie menu nie obejmowało wyłącznie dwóch (i to jeszcze niezbyt zdrowych) przekąsek. Postawmy raczej na bardzo lekkie, zdrowe i dobrze zbilansowane posiłki.

 

Choroba morska zaczyna się w głowie
Choroba morska jest dokuczliwa, ale można sobie z nią poradzić. Zamiast analizować naszą niedolę, znajdźmy sobie jakieś absorbujące zajęcie. Jeśli nasz mózg dostanie od nas listę zadań do wykonania, nie będzie miał czasu na rozmyślanie o nudnościach. Wyjątkiem są skrajne sytuacje, w których nie jesteśmy w stanie nawet ustać na nogach, kręci nam się w głowie lub wiele razy wymiotowaliśmy – wówczas kręcenie się po pokładzie i szukanie ciekawego zajęcia nie jest bezpieczne. Jeśli jednak objawy są delikatne, mamy dużą szansę na rozprawienie się z nimi. Starajmy się przebywać na zewnątrz – świeże powietrze dobrze nam zrobi. Spędzanie czasu w przepełnionym zapachami kambuzie może dodatkowo nasilić dolegliwości – to samo tyczy się ucztowania w mesie. Po wejściu na pokład patrzmy na horyzont lub najbliższe wyspy – skupienie wzroku na nieruchomych elementach może być bardzo pomocne. Unikajmy kontaktu wzrokowego z innymi, cierpiącymi na podobne dolegliwości towarzyszami podróży. A nawet gdy całej załodze uda się wyciszyć objawy, nie sięgajmy od razu w radości po mocne trunki. W przeciwnym razie znowu odpłyniemy…

 


 

Naturalne sposoby na chorobę morską
Wyspaliśmy się, wypiliśmy szklankę wody, wyszliśmy na pokład, a mimo to nudności nie chcą odpuścić? To dobry moment na skorzystanie z dobrodziejstw natury. Sprawdźmy, czy w naszych zapasach, zrobionych w osiedlowym warzywniaku jeszcze przed wypłynięciem, schowaliśmy korzeń imbiru. Wielu żeglarzy uważa, że to właśnie żucie imbiru jest najlepszym sposobem na złagodzenie nudności. Kłącze ma charakterystyczny, ostry smak, dlatego nie wszyscy pokochają je w surowej postaci. W takim wypadku dobrym pomysłem jest przygotowanie herbaty imbirowej – działającej podobnie jak plastry, jednak dużo delikatniejszej w smaku. Wystarczy obrać i zetrzeć na tarce mały kawałek imbiru, a następnie zalać go ciepłą (ale nie gorącą!) herbatą. Ale imbir to nie jedyne lekarstwo na wymioty. Bardzo dobrym i niezwykle orzeźwiającym i naturalnym lekiem na chorobę morską jest też sok z limonki. Poprośmy kogoś z załogi, aby pomógł nam przygotować napój – na jachcie sok można wycisnąć za pomocą łyżki do zupy lub ręcznej wyciskarki do cytrusów, jeśli taką mamy. Pamiętajmy, że limonki nie kupimy na morzu – musimy pomyśleć o tym jeszcze w marinie. A jeśli szukamy połączenia idealnego, do soku z wyciśniętych limonek wrzućmy starty imbir.

 

Leki na chorobę morską – jakie są najlepsze?
A teraz powiedzmy sobie coś więcej o chorobie morskiej cięższego kalibru. Jeśli wszystkie powyższe sposoby zawiodą, często jedynym rozwiązaniem jest wybranie się do apteki. Wybór zwykle pada na Aviomarin czy Lokomotiv. Warto jednak pamiętać o tym, że pierwszy z nich to lek, zawierający w swoim składzie dimenhydrynat, znany z właściwości przeciwwymiotnych i uspokajających. Lokomotiv z kolei to suplement diety, w którym znajdziemy wyciąg z kłącza imbiru – będzie on zatem ciekawą alternatywą dla wszystkich osób, które chcą skorzystać z dobroczynnego działania imbiru, ale za to niekoniecznie przepadają za jego intensywnym smakiem. W aptekach znajdziemy również plastry akupresurowe na chorobę lokomocyjną, które masują odpowiedni punkt na nadgarstkach, zapobiegając w konsekwencji nudnościom i wymiotom. Wiele z leków na wymiotowanie dostaniemy nawet bez recepty. Co zrobić, jeśli i one nie pomogą? Wówczas najlepiej wybrać się do lekarza, który pomoże dobrać odpowiednie środki dostępne na receptę. Do najpopularniejszych z nich należą leki mające w swoim składzie prometazynę lub skopolaminę. Są one bardzo skuteczne, jednak wywołują też dużo działań niepożądanych – z tego powodu należy stosować je zawsze zgodnie z zaleceniami. Nie zapominajmy też, by przed kolejnym rejsem – oprócz korzenia imbiru, butelki wody i apteczki pierwszej pomocy – spakować do plecaka dobre nastawienie. To właśnie ono jest najlepszym sprzymierzeńcem w walce z chorobą morską.