Rejs po Polinezji Francuskiej – rajski zakątek na ziemi

Nasz rejs po wyspach Polinezji Francuskiej zaplanowaliśmy na przełomie lutego i marca. Gdy u nas wszyscy są zmęczeni zimą, brakiem słońca i niskimi temperaturami, na Polinezji Francuskiej panuje idealna pogoda do uprawiania sportów wodnych. Z Warszawy polecieliśmy do Moskwy, następnie do Los Angeles, później na Tahiti i wreszcie na wyspę Raiatea, gdzie czekał na nas katamaran.

Raiatea – tu zaczęła się nasza polinezyjska przygoda

Luksusowy katamaran posiadał sześć dwuosobowych kabin z własnymi łazienkami, kuchnię z dwiema lodówkami, klimatyzację oraz praktyczną odsalarkę. Zanim wypłynęliśmy w rejs, udaliśmy się do pobliskiej miejscowości Uturoa, gdzie zrobiliśmy żywnościowe zapasy na kilka dni. Nim skierowaliśmy się na południowy kraniec wyspy, podpłynęliśmy w okolicę małej wysepki Oatara, w pobliżu której zakotwiczyliśmy nasz jacht. Nie czekaliśmy ani chwili dłużej, tylko od razu wskoczyliśmy do wody. Jej turkus i niezwykle wysoka temperatura oraz widok pięknej wysepki uczyniły z tej kąpieli udane rozpoczęcie naszej morskiej przygody. W doskonałych humorach zjedliśmy nasz pierwszy w tym miejscu posiłek, podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy w kierunku zatoki Hotopuu, w której znaleźliśmy schronienie przed wiatrem. Tam spędziliśmy pierwszą noc. Raiatea to wyspa, która przyciąga wielu turystów, szczególnie tych zafascynowanych starożytną historią. To właśnie tutaj swoje początki miała cywilizacja Polinezji, czego świadectwem jest marea – miejsce kultu religii polinezyjskiej. Wycieczka po miejscu, w którym powstała tak fascynują kultura była dla nas ciekawym doświadczeniem i pięknym wprowadzeniem do przygody na wyspach Polinezji Francuskiej. Po spędzeniu drugiej nocy na tej wyspie, nadszedł czas na wypłynięcie na szerokie wody. Naszym kolejnym celem stała się wyspa Huahine.

Huahine – tutaj poznasz prawdziwą Polinezję Francuską

Z Raiatei na Huahinę płynęliśmy około 8 godzin. Pierwszym przystankiem był port w Motu Vaiorea. Najpierw wskoczyliśmy do wody, a gdy nacieszyliśmy się już kolejną kąpielą, udaliśmy się do pobliskiej chaty.  Tam zaopatrzyliśmy się w pierwsze pamiątki z niezapomnianych wakacji na Polinezji Francuskiej. Część załogi skorzystała z zakupu ręcznie wykonanych kolczyków, bransoletek oraz naszyjników oferowanych w naprawdę dobrej cenie. Zadowoleni wróciliśmy na pokład i popłynęliśmy w kierunku zatoki d’Avea. Po drodze mijaliśmy rafę barierową oraz niesłychanie piękne krajobrazy tej wyspy. Huahine jest często pomijanym miejscem przez turystów i może dlatego najbardziej odzwierciedla ona prawdziwą kulturę Polinezji. Wieczór postanowiliśmy spędzić w pobliskiej restauracji Chez Tara,kosztując lokalnych potraw. Polinezja Francuska jest zamorską wspólnotą Francji. Obowiązującym i zdecydowanie najpopularniejszym językiem jest tutaj francuski i właśnie tym językiem posługiwała się obsługa lokalu, który wybraliśmy tego dnia. Trochę łamanym francuskim, trochę na migi, a wszystko dzięki naprawdę szczerym chęciom kelnera udało nam się zamówić posiłek. Wybór padł na ryby, przyrządzone w tradycyjny sposób. Posiłek był pyszny, atmosfera fantastyczna i nawet wysokość rachunku pozytywnie nas zaskoczyła. Kolejny poranek spędziliśmy na nurkowaniu z maskami i fajkami. Przejrzystość wody pozwala na oglądanie raf koralowych właśnie w taki sposób. Zrelaksowani, pełni nadziei na kolejne wspaniałe miejsca, odpłynęliśmy w kierunku Fare, największej miejscowości na wyspie Huahine. Fare trudno nazwać miasteczkiem, bardziej przypomina wioskę, w której jednak udało nam się znaleźć kilka sklepów i uzupełnić zapasy żywieniowe. Polinezja Francuska słynie z pięknych, bajkowych widoków, wysoko rozwiniętej turystyki oraz idealnych warunków do uprawiania sportów wodnych. Nas interesowało głównie nurkowanie – na powierzchni wody spędziliśmy wystarczająco dużo czasu. Właśnie na Huahine przeżyliśmy wyjątkową podwodną przygodę. Po zanurzeniu się pod wodę nie zdążyliśmy nawet długo zachwycać się wspaniałymi rafami koralowymi, kiedy podpłynęło do nas kilka dużych rekinów. Całe szczęście okazało się, że nie były agresywne, ale kiedy odpłynęły tętno nie zdążyło zmaleć. Koło nas pojawiły się mniejsze osobniki tego gatunku, tym razem było ich jednak kilkadziesiąt. I to spotkanie skończyło się tylko przyspieszonym pulsem. Oprócz rekinów widzieliśmy jeszcze fascynujące żółwie morskie i oczywiście wiele gatunków kolorowych ryb. Adrenalina opadła na długo po wynurzeniu się. Jedno jest pewne – tego nurkowania nie zapomnimy do końca życia.

Tahaa – plantacja wanilii i najpiękniejsze rafy koralowe na świecie

Po wypłynięciu z Huahine wybraliśmy kurs na wyspę Tahaa. Tam czekały na nas dwie atrakcje: zwiedzenie plantacji wanilii oraz nurkowanie w wyjątkowo malowniczym miejscu. Po zacumowaniu do brzegu i wyjściu na ląd dość szybko znaleźliśmy transport, który zawiózł nas na plantację wanilii. Nieoceniona okazała się pomoc niezwykle przyjaźnie nastawionych mieszkańców wyspy. Po plantacji wanilii oprowadził nas jej właściciel – człowiek o niezwykłym talencie do opowiadania historii. Wesoły, kontaktowy, bardzo bezpośredni i znający kilka języków obcych okazał się być doskonałym przewodnikiem.

Kolejnego dnia udaliśmy się pontonem w okolice Motu Tautau, popularnie zwanego Coral River. Miejsce to słynie z idealnych warunków do uprawiania snorkelingu. My również nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Po spotkaniach z rekinami byliśmy ciekawi, co przyniesie nam nurkowanie trzy metry pod powierznią wody. Widok, który pokazał się przed naszymi oczami był oszałamiający. Od razu zrozumieliśmy dlaczego właśnie to miejsce jest tak bardzo popularne. Przepiękne i, naprawdę okazałe rafy koralowe zamieszkiwane przez wiele różnorodnych form życia. Ciepła i przejrzysta woda Oceanu Spokojnego w okolicach Polinezji Francuskiej to idealne warunki, w którym ekosystem prężnie się rozwija. Po wypłynięciu na powierzchnię wody, wciąż byliśmy zachwyceni naprawdę wyjątkowymi widokami, które zobaczyliśmy. Odpływając z Coral River mijaliśmy bungalowce – ekskluzywne hotele na palach wbitych w dno oceanu. Na nocleg udaliśmy się do zacisznej zatoki Hurepiti, która jest bardzo dobrym schronieniem dla jachtów. O poranku obudził nas deszcz – ulewa była intensywna, ale bardzo krótka. Opady sprawiają, że kolory stają się jeszcze bardziej nasycone. Gdy z nieba znika ostatnia chmura, ruszamy na kolejną wyspę – słynną Bora Bora.

Bora Bora – perła wśród polinezyjskich wysp

Ostatnia wyspa, jaką zwiedziliśmy to słynna Bora Bora – idealne miejsce na ekskluzywne wakacje. Już gdy do niej dopływaliśmy, przywitał nas prawdziwie tropikalny krajobraz. Wzgórza pochodzenia wulkanicznego, bujna roślinność i białe, piaszczyste plaże, na których wypoczywają turyści. Przy Motu Tapu po raz kolejny skorzystaliśmy z uroków kąpieli w wodzie o temperaturze 30 stopni C. Po powrocie na pokład katamaranu, skierowaliśmy się w stronę wyspy Toopau Iti, gdzie odkryliśmy kolejne rafy koralowe widziane pod powierzchnią wody. Ponownie zachwycaliśmy się wielobarwnym ekosystemem, chociaż na każdym z nas największe wrażenie zrobiła Coral River. Ale główne atrakcje wyspy Bora Bora były jeszcze przed nami.

Wieczór spędziliśmy w popularnej restauracji Bloody Mery’s. Wszystkich wita drewniana tabliczka z imionami i nazwiskami słynnych gości, którzy tutaj zawitali. Po wejściu ujrzeliśmy piasek zamiast podłogi, strzechy zamiast dachów oraz drewniane ławy. W karcie królowały potrawy z owoców morza, a obok nich steki i burgery. My zamówiliśmy marynowaną w mleku kokosowym i soku z cytryny surową rybę. Kolacja była nie tylko kulinarnym, ale i kulturalnym przeżyciem, kolejnym, które każde z nas będzie długo pamiętać.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do największego miasta Vaitape. Na ulicach i w sklepikach mijaliśmy wielu turystów, słychać było języki z całego świata. Polinezja Francuska od wieków słynie z handlu masą perłową, obecnie pochodzącą z hodowli. Wiele sklepików oferuje produkty wykonane z masy perłowej, od tańszych pojedynczych pereł, po droższe naszyjniki. Nie skupialiśmy się jednak zbytnio na rozrywkach Vaitape, poniważ naszym zamiarem była przejażdżka samochodem terenowym oraz lot helikopterem. Dość szybko znaleźliśmy osobę, która oferuje wycieczki wokół Bora Bora lub drogą przez środek wyspy. Mieliśmy już zarezerwowany lot, więc wybraliśmy krótszą, bo dwugodzinną wycieczkę wiodącą przez góry i tropikalne lasy. Zatrzymaliśmy się w najwyższym punkcie i podziwialiśmy baśniowe widoki. To był doskonały wybór! Zwiedzając Bora Bora z lotu ptaka wszystkie uroki wyspy widzieliśmy w jednym momencie – bujna tropikalna roślinność, wzgórza pochodzenia wulkanicznego, turkusowe wody Pacyfiku, wysokie palmy i białe, piaszczyste plaże po prostu oczarowywały każdego. Każde zdjęcie zrobione takiej panoramie nadawało się na pocztówkę. Dzień zakończyliśmy toastem, wzniesionym schłodzonymi drinkami sporządzonymi na bazie tropikalnych owoców. Kolejny dzień na Bora Bora przywitaliśmy oddając się błogiemu lenistwu. Kąpiele, wylegiwanie się na plaży – to było idealne podsumowanie urlopu na Polinezji Francuskiej. Popołudnie spędziliśmy na kotwicowisku, gdzie udało nam się trochę ochłonąć po upalnym dniu. Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do lagoonarium. W kilku połączonych ze sobą basenach pływaliśmy w towarzystwie żółwi morskich, kolorowych ryb i znanych już nam rekinów. Na koniec dostaliśmy orzeźwiające ananasy i przewodniki. Na ostatnią noc udaliśmy się w pobliże Motu Piti Aau, gdzie przywitaliśmy ostatni dzień na drugim krańcu świata. Po podniesieniu kotwicy obraliśmy kurs na wyspę, od której wszystko się zaczęło...